BolecCynk

 

R E K L A M A

Tajemnica szmaragdu - odcinek czternasty

Komentarze Bolecnautów

  • avatar

    C.d.
    ************
    Pierwszy głośny strzał, oddany przez włamywacza w najbardziej idiotycznej pozycji strzeleckiej na świecie, z trzymanym lewą ręką siodełkiem roweru i rewolwerem trzymanym w dłoni prawej, wbitej pomiędzy szprychy przedniego koła, rzeczywiście był wynikiem uderzenia przez nadlatujący rower i pchnięcia na ścianę, znajdującą się tuż za plecami bandyty. Kolejne strzały oddawał już, obracając się razem z tym nowym, twarzowym dodatkiem do garderoby i z konkretnym zamiarem unieszkodliwienia przeciwnika, uskakującego w stronę leżącego na stole pistoletu. Dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Naciskał spust raz za razem aż do wyczerpania bębenka, a kule jedna za drugą wbijały się w ścianę tuż za biegnącym w kierunku stołu zdesperowanym i sprytnym osobnikiem, tworząc ciekawy poziomy wzór, całkiem jak przy serii z kałasznikowa.

    Ostatnia z sześciu kul na szczęście dosięgnęła kolesia, zanim ten dosięgnął drugiej, cichej broni na stole. Na szczęście oczywiście dla strzelającego, bo ciężko byłoby wymieniać naboje w bębenku rewolweru z wielką jak koło od roweru bransoletką na nadgarstku. Koleś, będąc już w posiadaniu pistoletu i tym samym w posiadaniu niezaprzeczalnej przewagi, raczej by się z nim też nie patyczkował. Włamywacz stawiał wykałaczki przeciw zapałkom, że sam skończyłby wtedy podziurawiony jak sito. Z tą niewielką różnicą, że w najgorszym wypadku mógłby zacząć krwawić nie przez sześć, a przez osiem ran wlotowych, gdyż magazynek pistoletu posiadał naboi dokładnie o dwa więcej, niż bębenek rewolweru.

    Scena ta wydała się włamywaczowi tak kolosalnie absurdalna, że przez chwilę miał nawet ochotę roześmiać się na głos. Jeszcze nigdy nikt w samoobronie nie rzucał w niego rowerem! Zdarzało się w walce wręcz oberwać wieloma latającymi przedmiotami, a to nożem, a to jakimś krzesłem, wazonem z kwiatami, a nawet gwiżdżącym jeszcze czajnikiem z wrzącą wodą, od której zostały mu blizny po poparzeniach na twarzy. Kiedyś od jednego gościa dostał nawet granatem, ale rzucający w nerwach zapomniał wyjąć zawleczkę, więc ten sam granat, oczywiście już lżejszy o zawleczkę, został błyskawicznie odesłany do nadawcy, a nadawca po chwili odesłany do świętego Piotra, u którego składał aplikację o przyjęcie do grona aniołów.

    A ten tutaj, naprawdę zabawny i dowcipny gość, bez zastanowienia, za to w desperacji chwycił po prostu za to, co mógł w tamtej chwili chwycić, czyli za rower. Facet musiał mieć nieziemską fantazję. I braku odwagi też nie można mu zarzucić. Gdyby kiedykolwiek i gdziekolwiek wcześniej mieli okazję spotkać się po tej samej stronie linii frontu, zapewne zostaliby dobrymi towarzyszami, którzy mogliby na sobie polegać, nawet kosztem poświęcenia własnego życia. A tak, szkoda, bo delikwent właśnie się wykrwawiał z dwóch ran. W sumie to lepiej, że z dwóch, bo może chociaż będzie mniej cierpiał, jeżeli szybciej się wykrwawi. Żaden żołnierz nie marzy o tym, by po postrzale umierać w męczarniach, patrząc jak razem z krwią uchodzi z niego życie, kropla po kropli, a jeżeli już ma umrzeć, to lepiej aby była to śmierć szybka i bezbolesna.

    Facet dostał w brzuch, po jego lewej stronie, tuż powyżej bioder. Padając się na ziemię nawet się nie zająknął, twardziel. Pocisk musiał przelecieć przez miękkie tkanki na wylot, bo po drugiej stronie na ścianie pojawił się sporej wielkości kleks. Impet lecącej kuli nie rzucił trafionego do tyłu na ścianę, lecz przekręcił jego ciało wokół własnej osi. Teraz leżał zwinięty w pozycji embrionalnej, odwrócony plecami do środka garażu. Włamywacz nie dostrzegał jeszcze, aby pod ciałem zaczęła się pojawiać ciemna plama krwi. Wiedział jednak z doświadczenia, że w każdej sekundzie z postrzelonego człowieka wycieka życie, a szanse na uratowanie go jednocześnie znacząco maleją. Nie miał zamiaru oczywiście ratować rywalowi życia, aż tak go nie polubił. Był za to świadomy, że czas na wykonanie jego zadania szybko ucieka i ma może z minutę, czy półtorej, aby dokończyć swoją robotę i najlepiej niezauważenie się ulotnić.

    Postawił rower na kołach, upuścił rewolwer na podłogę i wyjął prawą rękę spomiędzy szprych. Patrząc na panujący w garażu porządek, postanowił uszanować zwyczaje umierającego i po prostu odwiesił rower z powrotem na wieszaki na ścianie, żeby mu nie zagracić pomieszczenia. Chociaż tyle mógł dla nieboszczyka zrobić. Może gość już nigdy nie pojeździ na swoim rowerze, ale przynajmniej prokurator będzie miał mniej roboty.

    Podniósł z podłogi pusty rewolwer, wsadził go z powrotem do kabury na łydce, po czym schylił się po latarkę. Nie wkładał już jej z powrotem na czoło, tylko od razu podszedł do sejfu. Poświecił latarką na zamek szyfrowy i drugą, wolną ręką zaczął przesuwać pozostałe dwa pokrętła. Jeden, jeden. Drzwi otworzyły się. Kod był prawidłowy. Widać, facet naprawdę wierzył, że podając właściwą kombinację może wyjść z tego cało i chciał mieć ważki argument do dalszych negocjacji, ale już po otwarciu i opróżnieniu sejfu z zawartości.

    Włamywacz założył latarkę na głowę i obiema rękami wyjął znajdującą się w środku skrzynkę, idealnie odpowiadającą opisowi, ale nie była ona aż tak ciężka jak wspomniano. Tym lepiej, mniej dźwigania. Włożył skrzynkę pod lewą pachę, a następnie podniósł z podłogi łom i stetoskop, aby nie zostawiać po sobie jakichkolwiek śladów. Przełożył przedmioty do lewej ręki i już zaczął kierować się w stronę wyjścia z garażu, kiedy nagle się cofnął. Mało nie zapomniał o pistolecie. Podszedł czym prędzej do stołu, chwycił wolną prawą ręką pistolet z tłumikiem i szybkim krokiem poszedł w kierunku porzuconego wcześniej płaszcza. Po drodze rzucił jeszcze okiem ostatni raz na leżące ciało. Plama krwi nadal się pod umrzykiem nie pojawiała, więc zabójca uznał, że widocznie na razie wsiąka w jego ubranie lub pojawia się z drugiej strony nieboszczyka, między jego ciałem a ścianą.

    - Przepraszam, stary. Twoja fantazja cię zgubiła. Trzeba było grzecznie stać z rączkami w górze, to wyszedłbyś stąd żywy, prosto do swojej rudej babeczki. Do zobaczenia kiedyś w lepszym świecie. – powiedział do pleców swojej kolejnej, nie wiedział już nawet której, ofiary.

    Któryś z sąsiadów musiał już zatelefonować gdzie trzeba, bowiem w tym momencie włamywacz usłyszał wyraźnie sygnały zbliżających się policyjnych samochodów. Zaczęło mu się więc mocno spieszyć. Natychmiast rzucił skrzynkę i pozostałe niesione przedmioty na płaszcz. Starannie owinął wszystko razem i związał rękawy, tworząc spory i nielekki pakunek. Zdjął z głowy latarkę, wyłączył ją, zwinął i włożył do kieszeni spodni. Trzymając oburącz pakunek wyszedł na zewnątrz. Przed garażem natknął się na mercedesa z otwartymi drzwiami od strony kierowcy. Pomyślał przez chwilę, czy aby nie odjechać stąd tym właśnie samochodem, ale syreny wyły już zbyt blisko i wydawało mu się, że niebo gdzieś nad budynkami zaczyna pulsować.

    Przez trzy, może cztery sekundy rozglądał się, planując kolejne ruchy, po czym zamachnął się i wrzucił pakunek na dach garażu. Wskoczył na bagażnik mercedesa, po czym kilkoma dużymi susami wbiegł z bagażnika na dach auta, a stamtąd będąc już w pełnym pędzie, wybił się na nogach i lecąc w powietrzu wylądował łokciami na blaszanej krawędzi dachu garażu. Sprawnie podciągnął nogi, wciągnął się na dach i po chwili stanął na górze wyprostowany, rozglądając się z tej nowej, lepszej dla niego perspektywy. Szybko zauważył jedyną możliwą drogę ucieczki. Dawny, zapewne średniowieczny mur miejski, do którego przylegał garaż i inne budynki gospodarcze na tym podwórku, dawał idealną możliwość zniknięcia niezauważonym dla tak sprawnego i wysportowanego osobnika, za jakiego uważał się włamywacz, a teraz też już i morderca.

    W chwili, kiedy na podwórko z garażem wjechał na światłach i na sygnale pierwszy radiowóz, bandyta sprawnie zeskoczył razem z pakunkiem na dach jakiegoś niskiego budynku po drugiej stronie muru. Z budynku wykonał drugi skok na dość dużych rozmiarów, słabo oświetlony parking, zapełniony kilkunastoma samochodami. Nie zauważony przez nikogo, przebiegł z zawiniątkiem pod pachą między samochodami do okalającego parking niewysokiego płotu tuż przy maleńkiej, pustej stróżówce, po czym podpierając się wolną ręką o górną krawędź ogrodzenia, jedynym susem przeskoczył na drugą stronę. Wyprostował się i chwilę stał nieruchomo w cieniu stróżówki, rozglądając się w lewo i w prawo, czy aby nie nadjeżdża jakiś kolejny policyjny samochód. Następnie przebiegł po skosie na drugą stronę ulicy i po kilkudziesięciu metrach wbiegł w przejście pomiędzy jakimś supermarketem, a jedną z wolnostojących kamienic.

    Zanim zniknął za rogiem budynku spojrzał jeszcze w górę ulicy i zobaczył, jak w stronę miejsca niedawnej strzelaniny pędzi kolejny radiowóz, a tuż za nim z piskiem opon w poprzeczną ulicę skręca karetka pogotowia, również na światłach i z przeraźliwie wyjącą syreną. Szybko zadziałali, nie ma co, stwierdził w myślach bandyta. Wszystko przez te strzały.

    Był jednak przekonany, że jakikolwiek pośpiech do dogorywającego w garażu osobnika w tym wypadku był zupełnie niepotrzebny. Tylko zbudzą i zdenerwują mieszkańców, a jutro wszystkie lokalne media będą donosiły o sensacyjnym morderstwie. Policja zaapeluje do potencjalnych świadków, których pewnie nie znajdzie i sprawa trafi w końcu na półkę jako umorzona z powodu niewykrycia sprawcy. Być może nawet jakaś ogólnopolska telewizja przyśle tu swój wóz transmisyjny, a gadająca do kamery dziennikarka z mikrofonem zasugeruje, że „jedna z hipotez Policji mówi, że były to porachunki lokalnych grup przestępczych”.

    Zatrzymał się jeszcze na chwilę pomiędzy kubłami na śmieci, służącymi jak się domyślał pracownikom marketu do zbierania segregowanych odpadów, schylił się i położył na ziemi zawiniątko. Upewnił się, że nikt nie nadchodzi, rozwiązał rękawy i rozłożył płaszcz. Odstawił na bok skrzynkę, łom i stetoskop. Pistolet z tłumikiem rozkręcił i włożył obie części na swoje miejsca do zapinanej kabury, a następnie narzucił płaszcz, aby ukryć szelki z bronią. Wrzucił do jednego z pojemników łom i stetoskop, a skrzynkę wsadził pod płaszcz i przycisnął lewą ręką. Wyprostował się i teraz już spokojnie idąc, kontynuował ucieczkę, starając się nie wzbudzać niczyjego niezdrowego zainteresowania.

    Czekała go dłuższa piesza wędrówka do wynajmowanego mieszkania po drugiej stronie miasta. Zwykle na czas wykonywania zleceń wynajmował jakieś mieszkanie z ogłoszenia, a nie hotel, aby uniknąć zostawiania po sobie wyraźnych śladów. Omawiał z wynajmującym wszystkie warunki telefonicznie, płacił gotówką z góry za cały miesiąc, a zadowolony właściciel mieszkania wydawał klucze i nigdy nie zadawał żadnych pytań. Za to w hotelu zawsze żądają dokumentów, a w dodatku mają działające kamery i rejestratory obrazu. No i mieszkanie w sumie wychodzi taniej.

    Musiał unikać teraz głównych dróg, bo zapewne za chwilę Policja zacznie ustawiać blokady i do rana intensywnie patrolować cały Bolesławiec. Przemykał więc bocznymi ulicami i starał się unikać świateł latarni. Pożałował swojej niefrasobliwości, ponieważ wiedział, że policjanci dokładnie przeczeszą najbliższą okolicę wokół tamtego garażu i na pewno zwrócą uwagę na stojący na pustym parkingu podejrzany czarny samochód. Stwierdziwszy, że jest otwarty, szybko zorientują się, że auto mogło należeć do sprawcy morderstwa i zabezpieczą w nim ślady, w tym jego odciski palców, których oczywiście nie znajdą w swojej bazie danych. Ale z drugiej strony natychmiast tę bazę wzbogacą. Mógł, cholera, zaparkować nieco dalej, ale nie przypuszczał, że aż tak mu się wszystko pokomplikuje przez tego stukniętego miotacza rowerów. Za dużo dzisiaj tych wpadek, pomyślał, trzeba będzie rozważyć sens brania takich nietypowych zleceń.

    Szkoda było pozostawionego audi, bo bardzo lubił te samochody i ich mocne silniki. Kiedy dostarczy skrzynkę, będzie go jednak stać, żeby kupić sobie podobne auto i to nawet całkiem legalnie w autokomisie, choć jak zwykle na fałszywy dowód osobisty. Z powodu swojej szpiegowskiej przeszłości włamywacz nie mógł w tym kraju przebywać oficjalnie, używając swojej dawniejszej, prawdziwej tożsamości.

    Zgodnie z umową jutro albo najdalej pojutrze zatelefonuje do niego zleceniodawca i wtedy pozostanie mu już tylko przekazać skrzynkę i zainkasować obiecane, wyjątkowo wysokie wynagrodzenie. Szkoda, że za likwidację kolesia w garażu nie dostanie jakiejkolwiek premii, bo może wtedy zafundowałby sobie dla przyjemności jazdy nawet jakąś kilkuletnią A ósemkę w automacie z 350-konnym silnikiem diesla.
    ************
    cdn.
    Pozdrawiam,
    M.

    16 października 2020r. o 14:02

  • avatar

    A Julia dowie się stąd:
    ****************************************
    Gdzieś na leśnych duktach i polanach koło Świętoszowa musiały odbywać się nocne manewry, bo z zadumy wyrwała Julię dość głośna, niosąca się aż z poligonu kanonada baterii nowych armatohaubic, słyszana zawsze najlepiej właśnie w tej części Bolesławca. Być może spowodowane to było położeniem osiedla blisko płynącej rzeki Bóbr, która przez setki tysięcy, a może i przez miliony lat rzeźbiła swoje wijące się 270-kilometrowe koryto od źródła znajdującego się po czeskiej stronie Karkonoszy, na Bobrowym Stoku Zacleżskiego Grzbietu, aż do ujścia do Odry w Krośnie Odrzańskim. Rzeki, która przez setki lat służyła do zasilania fos okalających dawne piastowskie grody, przechodzące później z rąk do rąk i zmieniające raz po raz przynależność państwową w długiej i burzliwej historii ziem pogranicza Śląska i Ziemi Łużyckiej.

    Zwykle przed północą pancerniacy kończyli swoje ćwiczenia, więc pewnie tak będzie i tym razem, pomyślała Julia. Musiała w zamyśleniu zjeść wszystkie kromki i wypić całą herbatę, bo stał przed nią teraz pusty talerzyk po kanapkach, a w rękach obracała pustą już szklankę po herbacie. Rzuciła spojrzenie na zegar. O rany, już za dziesięć jedenasta! Widocznie przeniosła się w przeszłość na niemal pół godziny, tracąc kolejny cenny czas potrzebny na przygotowania do nocnej wyprawy z Bolkiem. Julia poderwała się nerwowo z krzesła, odstawiła naczynia do zlewozmywaka i wyszła z kuchni, gasząc światło. U wujka światło jeszcze się świeciło. Pewnie odłożył kołdrę na bok i teraz jak zawsze wyrównuje dłońmi prześcieradło, przed położeniem się do łóżka. Potem na pewno zmówi krótki pacierz, powie „Dobranoc, Alinko” do zdjęcia cioci stojącego na komodzie, zgasi światło i dopiero położy się spać. Nawet nie pomyśli, że jego Tosieńka być może nie spędzi tej nocy w domu.

    Julia weszła cicho na górę i udała się prosto do łazienki. Wzięła szybki prysznic bez mycia włosów, bo nie miałaby potem czasu na doprowadzenie ich do porządku. Z grubsza wytarła się ręcznikiem, owinęła szlafrokiem i przeszła do swojego pokoju. Dokończyła wycieranie, ubrała świeżą bieliznę, krótkie skarpetki-stopki, czarne wygodne dżinsy i otrzymanego od Oli na imieniny bordowego t-shirta z obrazkiem anioła i napisem „Będę grzeczna”, gdzie litera „c” była trochę wydłużona i zakrzywiona jak wąż, więc spokojnie można było ją odczytać jako literę „s”. Bolek będzie miał powód do kolejnych żartów z wiadomym podtekstem, pomyślała uśmiechając się pod nosem. I o to chodziło.

    Uporządkowała poprzedni komplet pachnących jeszcze igliwiem ciuchów, odkładając te nadające się do prania na stosik. Zaniosła odłożone ubrania do łazienki, otworzyła pokrywę pralki i bez nadmiernego upychania i ubijania upuszczała je po kolei do bębna, każdą rzecz uprzednio rozprostowując, sprawdzając z obu stron i przeglądając kieszenie, jeżeli tylko ciuch takowe posiadał. Mimo, że nie zamierzała teraz włączać pralki, sprawdziła, czy do zbiorniczków widocznych pod otwartą pokrywą jest już nasypany proszek do prania i wlany płyn do płukania, chociaż jak siebie zna, jutro tuż przed włączeniem prania pewnie i tak skontroluje wszystko jeszcze raz, tak jak pilot w samolocie kilkakrotnie sprawdza na głos checklistę przed startem.

    Mając na względzie zapewnienie krytycznemu, męskiemu oku Bolka kolejnych pozytywnych doznań, wzięła się za szybki i delikatny makijaż. Nie bardzo wiadomo po co, skoro nadchodząca ciemna noc z pewnością nie da Bolesławowi możliwości oceny jakości wykonanej pracy nad maskowaniem niedoskonałości, wynikających z nieubłaganego dla skóry upływu czasu. Znając Bolka, to zapytany, jak mu się podoba jej kolor szminki albo cienia do powiek i tak zapewne będzie się zapierał, że on się na tym nie wyznaje, a nocą i tak wszystkie kocice są czarne. Ja ci dam kocice, już go w myślach ofuknęła Julia.

    Na koniec tego dość krótkiego jak na kobietę w jej wieku pindrowania się, uporządkowała i upięła jeszcze włosy, odsłaniając sprytnie owal twarzy. Stojąc przed lustrem łazienki, pokręciła głową w prawo i w lewo oceniając liczbę lat, o które się odmłodziła. Stwierdziwszy, że właśnie cofnęła czas o co najmniej dekadę, złożyła usta w dziubek i cmoknęła do swojego odbicia, zastanawiając się, czy ten wszechobecny dzisiaj niewieści selfie-grymas glonojada mógłby być dla Bolka zachętą do flirtu, czy może jednak pomyśli, że na starość jej odbiło.

    Wróciła do pokoju i rozejrzała się w poszukiwaniu komórki, ale przypomniała sobie, że po wysłaniu SMS-a włożyła ją z powrotem do plecaka, który zostawiła w korytarzu na dole. Mimo, że sama niemal na każdym kroku krytykowała Olę za widoczne u niej objawy uzależnienia od Internetu i mediów społecznościowych, to gdy telefon nie leżał w zasięgu jej wzroku, a właśnie go potrzebowała, zwykle denerwowała się i czuła trochę jak palacz, któremu skończyła się paczka papierosów. Świadomość, że jest się online, a kontakt ze światem jest zachowany, wpływa na większość dzisiejszych posiadaczy smartfonów uspokajająco. Zupełnie jakby każda minuta surfowania po Internecie, obserwowania wpisów i liczenia lajków była kolejną, kojącą dawką narkotyku. Takie czasy.

    Julia włożyła jeszcze na siebie zdjętą z wieszaka w szafie, kupioną w sieciówce czarną dżinsową męską bluzę z jasnoszarymi bawełnianym rękawami i tego samego koloru kapturem. Potem zamknęła wszystkie drzwi szafy i popatrzyła ostatni raz na swoje całościowe odbicie w lustrze na środkowych drzwiach. Gdyby była Bolkiem, na pewno spodobałaby się sobie w tym luzackim, nocnym, choć nieco hiphopowym wydaniu. Zgasiła światło, zeszła na dół i wyjęła z plecaka smartfona, odczuwając wyraźną ulgę, kiedy mogła wreszcie chwycić go w rękę i choć na chwilę rzucić okiem na jego rozświetlony ekran.

    Godzina 23:27. I co, Bolek? Wystarczyło półtorej godziny, ty zapiekły męski szowinisto. Jeszcze jakiś kwadrans i pewnie pojawi się dyniowa karoca Bolka. Julia przeniosła plecak na stół kuchenny i przejrzała szybko jego wnętrze. Postanowiła wzbogacić zawartość torby o kilka batonów trzymanych w lodówce. Ola wiecznie powtarzała, że słodyczy ani owoców nie należy trzymać w lodówce. Mówiła też, że cukier i tłuszcze idą w tyłek, ale tego Julia także nie słuchała, licząc na swoją jeszcze dobrą, choć ostatnio coraz bardziej zawodzącą w związku z nadchodzącą menopauzą, przemianę materii. A co tam. Jeden baton dziennie jeszcze nikogo nie zabił, a samopoczucie poprawiał doskonale. Z lodówki wyjęła jednak tylko dwa batony. Jeden będzie dla Bolka. I dla jego tyłka.

    Miała jeszcze trochę czasu, więc przysiadła na krawędzi stołu i postanowiła wykręcić numer dyżurnego w dyspozytorni PSK. Wiedziała, że dzisiaj na zmianie siedzi dość młody strażak, Paweł. Nie miał biedak lekko, bo był jeszcze w fazie docierania. Koledzy często robili sobie z niego jaja i przedrzeźniali go, bo jak tylko się zdenerwował, dostawał lekkiego jąkania. Ale za to był bardzo bystry i oprócz wady wymowy, która ujawniała się tylko w dużym stresie, był bardzo dobry w tym, co robił. A naprawdę niewielu nadawało się do pracy na tym odpowiedzialnym stanowisku.

    Na ekranie, jak zwykle wyświetlił się dyżurnemu numer dzwoniącego, więc od razu zapytał:

    - Coś się stało, pani brygadier?

    - Dobry wieczór, Paweł. Nic takiego, chciałam zapytać tylko, czy mieliście coś ciekawego dzisiaj? – zapytała z zainteresowaniem, zupełnie jak matka pyta dziecko o oceny po jego powrocie ze szkoły.

    - Rano plama oleju jak zwykle na Kościuszki i jeszcze od kombajnu zapaliła się niewielka łąka w Bożejowicach. Po południu dwie stłuczki w mieście i całkiem groźna kolizja na A4. A przed chwilą mieliśmy jeszcze jedno dość nietypowe wezwanie.

    - Czemu nietypowe? A dokąd? – zainteresowała się Julia. Podeszła z telefonem do uchylonego okna. Gdzieś w oddali ledwo słyszała syreny. Wiele syren. Pomyślała, że gdyby była dzisiaj na służbie, byłaby zapewne w tym miejscu, o które właśnie zapytała dyżurnego.

    - Na 1 Maja. Strzelanina. Wyobraża pani sobie? Podobno było włamanie do garażu i zdaje się, że właściciel nakrył bandytów na gorącym uczynku. Ci musieli być uzbrojeni, bo bez skrupułów strzelili do faceta. Gościu niezłą furę w garażu musiał trzymać, skoro posunęli się aż do morderstwa. Chłopaki mówili, że podobno bandyci podjechali swoim autem i wygląda na to, że musieli uciec ukradzioną bryką, bo garaż był pusty, a przed garażem zostawili starego mercedesa. – odpowiedział dyżurny, jakby streszczał fabułę obejrzanego w kinie sensacyjnego filmu.

    - A gdzie dokładnie na 1 Maja? – Julia podniosła głos i nagle jej w głowie zapaliła się ogromna czerwona lampa ostrzegawcza. Ścisnęło ją w gardle, więc mimowolnie przełknęła ślinę. Z dudniącym sercem i telefonem przy uchu wróciła od okna do kuchennego stołu.

    - Na zapleczu kamienic. Wie pani, tam z tyłu muzeum. W sumie to nie wiem, po co nas wzywali do zabezpieczenia, bo zdaje się, że tam to raczej karawan był potrzebny. Ale erkę też wezwali, więc może facet jeszcze dycha. Szkoda człowieka. To straszne, że mamy tu uzbrojonych bandytów, którzy są gotowi zabijać dla kasy czy dla luksusowego auta. Pani brygadier, będzie pani jutro? – dyżurny nie uzyskał odpowiedzi, więc zapytał ponownie. - Pani brygadier, jest tam pani jeszcze? Halo? Pani Nino?!

    Julia nie usłyszała ostatnich pytań, bo jeszcze kiedy dyżurny narzekał na rosnącą w Bolesławcu przestępczość, nacisnęła czerwoną słuchawkę i rozłączyła się. Natychmiast wybrała numer do Bolka. Przygryzając dolną wargę słuchała sygnału wywołania. Biiip, biiip, biiip… Nikt nie odbierał. Po czwartym sygnale uruchomiła się skrzynka z żartobliwym monologiem właściciela numeru: „Jeżeli nie odebrałem, zostaw wiadomość, a być może oddzwonię później. A jeżeli nie oddzwonię, to znaczy że nie żyję. Ha, ha, ha.” – zaśmiał się złowieszczo głos Bolka w telefonie. Widocznie według niego miało to być bardzo dowcipne.

    Julia nie zaśmiała się, ale za to zbladła. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Poczuła, że mało nie zemdlała, co jej się już dawno nie zdarzyło. Przytrzymała się jednak jednego z krzeseł przy stole, a po krótkiej chwili i kilku głębokich oddechach, kiedy do mózgu dotarła już większa ilość tlenu, udało się jej już w miarę opanować. Zdołała pokonać strach i panikę, skupiając się na celu, tak jak setki razy dotąd podczas różnych akcji, kiedy niejednokrotnie w ekstremalnych warunkach musiała walczyć o życie ofiar wypadków. Często nawet kilku naraz.

    Odzyskała trzeźwe myślenie i chwyciwszy plecak, już pewnym krokiem ruszyła prosto do korytarza. Słysząc jeszcze w uszach przerażające słowa i śmiech Bolka, grzebała nerwowo w kieszeniach bluzy Oli, wiszącej w korytarzu. Jezu, gdzie ona je chowa? Trzęsącą się ręką wyjęła w końcu z jednej z kieszeni kluczyki do volkswagena córki, stojącego obecnie w zamkniętym, wolnostojącym garażu przy domu wujka. Dobrze, że brama jest otwarta, pomyślała. Zawsze to kilka sekund szybciej.

    Miała nadzieję, że pamiętała jeszcze, jak się prowadzi. Cały czas łudziła się, że może to jednak Bolek strzelał, a nie do niego strzelano.
    *************************************
    c.d.n.
    Pozdrawiam,
    M.

    17 października 2020r. o 1:23

R E K L A M A

Skomentuj:

Kontakt z Bolec.Info

Redakcja: redakcja@bolec.info, tel. 693-375-790
Dział Reklamy: reklama@bolec.info
Reklama na Bolec.Info: tel. 693-375-950, 693-375-799
Pełna wersja strony
Bolec.Info - wersja mobilna

Copyright © 2004-2020 by Bolec.Info (przygotowanie: Bartłomiej Mierzwa)